Angielski metodą Helen Doron – czy warto?

Zajęcia dodatkowe dla kilkulatka

Jeśli macie dzieci, to wcześniej, czy później zaczniecie się zastanawiać nad zajęciami dodatkowymi. Mnie dopadło z końcem sierpnia, kiedy koleżanka powiedziała mi, że jej córa jest zapisana na 5 różnych aktywności. To był ten moment, w którym zaczęłam się zastanawiać, jak w ogóle podejść do tematu – czy „męczyć” moje kilkulatki, czy też dać im spokój, by rozwijały się w swoim tempie. Problem w tym, że to „w swoim tempie” właściwie nic nie oznacza – jeśli zgodziłabym się na to, na co mają ochotę, całymi dniami oglądałyby bajki i żarły słodycze, a tak wyluzowanym rodzicem, by na to pozwolić, nie jestem.

Ostatecznie zapisałam moją starszą córkę na keybord, a młodsza miała zostać jeszcze rok bez niczego. No i podniósł się lament, że ona też chce jakieś zajęcia, że to niesprawiedliwe itd. Jeśli próbowaliście kiedyś znaleźć jakieś SENSOWNE zajęcia dla trzylatki, wiecie że łatwo nie jest. Piszę sensowne, bo kilka drogich pierdół by się znalazło – ale jednak jeśli mam płacić, to chciałabym, by to, na co chodzi, było wartościowe i procentowało w przyszłości.

Angielski w Centrum Helen Doron

Mieszkamy w Tychach, nie jest to jakaś metropolia, ale miasto wcale niemałe. W końcu po przeszukaniu internetów, znalazłam „zajęcia angielskiego metodą Helen Doron”. Poziom mojej nieufności do wszelkiej maści paści „metod” jest wielki. Kto się kiedykolwiek próbował dogadać (albo bawić) z trzylatkiem, ten wie, że taki mały człowiek ma umiejętność skupienia się jętki. O ile jeszcze czteroletnia Tosia jest w stanie wytrzymać pół godziny na jednej aktywności, o tyle o rok młodsza Zuzia nudzi się po jakiś 10 minutach. Rozumiecie więc, że podchodziłam nieufnie,  po prostu w głowie mi się nie mieściło, że moje dziecko wysiedzi na zajęciach z języka obcego.

Lekcja pokazowa

W Helen Doron można się zapisać na bezpłatną lekcję pokazową (ja zrobiłam to przez stronę, tutaj), co też uczyniłam. Miła pani wyjaśniła mi przez telefon, że lekcja trwa 45 minut i odbywa się w całości po angielsku. W tym momencie przed oczami stanął mi mój niemiecki w liceum. Nauczycielka przez 3 lata mówiła do nas po niemiecku, a my przez te 3 lata nie wiedzieliśmy, o czym. Skończywszy trzecią klasę, dokonaliśmy rytualnego spalenia książek i mieliśmy nadzieję zapomnieć o tym koszmarze. Noooo, zapowiadało się ciekawie.

Pamiętam, że na tą lekcję pokazową strasznie, ale to strasznie nie chciało mi się jechać. Pogoda była paskudna, a ja dawałam jakieś 98%, że się nam nie spodoba. Właściwie, to miałam zamiar wyjaśnić Zuzi po dobroci, dlaczego jest to taki zły pomysł. Ale cóż, pojechałam.

I przeżyłam szok. Naprawdę, po jakiś 15 minutach zbierałam szczękę z podłogi.

Nauka przez zabawę

Moje córki są w różnych przedziałach wiekowych i każda z nich miała swoją własną lekcję. Zuzia trafiła na kurs „Baby Dragon”, Tosia na „Fun with Flupe”. Ten pierwszy opowiada o przygodach małego smoka, w drugim główną postacią jest fioletowa, puszysta kulka. W każdej grupie jest kilkoro dzieci – nigdy ich nie liczyłam, ale nie sądzę, by było ich więcej niż sześcioro. Zajęcia zaczynają się od krótkiej, 5 minutowej bajki, która stanowi oś kolejnych 45 minut.

IMG_0099.jpg
Moje dziewczynki zaczęły już drugi zestaw ćwiczeń 🙂 

Po obejrzeniu kreskówki dzieciaki zaczynają, hmmm właściwie to zabawę, przy której się uczą. Lekcje prowadzone są w całości po angielsku i nie byłam sobie w stanie wyobrazić, jak to możliwe. W praktyce pani pokazuje, co ma na myśli – na przykład bierze hula hop, wskakuje do środka mówiąc przy tym „get in”. Po niej robią to maluchy i za każdym razem, gdy poprawnie wykonają zadanie, są chwalone. To, co dla mnie było najbardziej zaskakujące, to całkowity brak nudy. W ciągu godziny lekcyjnej były tańce, kolorowanki, wyklejanki, skakanie, śpiewanie – praktycznie każdy rodzaj zabawy.  Pamiętajcie, że na tych zajęciach są naprawdę malutkie dzieci – 3 letnia Zuzia wytrzymuje przy kolorowance 10 minut i ma dość, a tutaj nawet nie miała okazji ziewnąć! Pani prowadząca zajęcia jest mega pozytywna, cały czas się uśmiecha i zachęca dzieci do wspólnej zabawy. Jeśli jakieś się np. wstydzi i nie chce odpowiedzieć, to nie ma problemu – zauważyłam, że po pewnym czasie nawet te bardziej wycofane maluchy, włączają się do zabawy. Magia grupy.

Pomoce naukowe

Wychodząc z tych zajęć byłam zachwycona i praktycznie zdecydowana, by zapisać dzieci do szkoły. Musiałam jeszcze „przespać się z tą decyzją”, żeby nie podejmować jej pochopnie. Następnego dnia wciąż uważałam, że to najfajniejszy sposób na naukę języka, z jakim się spotkałam, więc moje córki zostały oficjalnie uczniami szkoły Helen Doron. Każda dostała swój własny, zielony plecak i książkę z ćwiczeniami – pomoce naukowe są w cenie całego kursu, podobnie jak dostęp do dedykowanych aplikacji na smartfona.

Po kilku miesiącach

Mamy prawie grudzień, więc na zajęcia chodzą już 3 miesiąc i wciąż je uwielbiają. Co istotne – mimo, że każda lekcja jest inna, to materiał w około 80% się powtarza. Dzięki temu, maluchy są w stanie utrwalić nowe informacje, nawet jeśli początkowo czegoś nie rozumiały, to po kilkukrotnym powtórzeniu, wiedza zostaje im w głowie. W domu musimy codziennie puszczać słuchowiska i oglądać bajki – raczej nie protestują. Wiedzą, że „bajkę z angielskiego” ode mnie wysępią, w przeciwieństwie do klasycznych kreskówek. Helen Doron ma kilka aplikacji na smartfony (jeśli będziecie mieli ochotę, opiszę Wam je w osobnym poście), między innymi platformę z grami. Moje maluchy bardzo starają się zasłużyć na przywilej grania – codziennie nie ma szans, ale od wielkiego dzwona się zgadzam. Ostatecznie to wciąż nauka, a nie bezmyślne klikanie w ekran.

Obserwuję sobie moje córki i naprawdę coś tam w tych małych główkach zostaje. Czasem sobie chodzą i śpiewają angielskie piosenki, które wpadną im w ucho, ogarniają też całkiem sporo nazw zwierząt, kolory, czy liczby.

Centrum Helen Doron w Tychach

W Tychach szkoła Helen Doron (tutaj znajdziecie ich na fb) jest na osiedlu H – wielki plus za brak problemów z parkingiem. W szkole spędzam co tydzień bite dwie godziny – najpierw zajęcia ma Zuzia, potem Tosia. Powiem Wam, że lubię ten czas. Moszczę się z kawą na wygodnej kanapie, dziecko może wtedy pograć w gry, a ja sobie czytam. To dla nas taki miły koniec tygodnia.

Jeśli zastanawiacie się, czy zapisać swoje dziecko na angielski w Helen Doron, umówcie się na lekcję pokazową – sami zobaczycie, jak to wygląda i czy warto. Ja bardzo polecam, zajęcia zrobiły na mnie naprawdę duże wrażenie. Ostatecznie jednak, nie to jest najważniejsze. Co piątek, z uporem maniaka, pytam moje dzieci czy CHCĄ iść na angielski – i co tydzień słyszę, że tak – niech to będzie najlepszą rekomendacją.

Do napisania

Magda

 

 

2 uwagi do wpisu “Angielski metodą Helen Doron – czy warto?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s