Dziecko i telefon. Dawać, czy nie?

Telefon, a właściwie smartfon jest obiektem pożądania naszych dzieci. Niemniej mają kategoryczny zakaz ruszania go bez pozwolenia i nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej. Mówię oczywiście o telefonach swoim oraz męża, bo jeszcze wiele wody w rzece upłynie, zanim kupimy dzieciom ich urządzenia (i zapewne będzie im bliżej do Nokii 3310, niż iPhona).

You Tube i piosenki dla dzieci

Moje dziewczynki uwielbiają słuchać piosenek i jeszcze niedawno pozwalaliśmy od czasu do czasu na kilkanaście minut z You Tubem. W końcu muzyka z filmów Disney’a nawet nam się podoba – i nie czarujmy się- czasem trzeba czymś zająć małego człowieka, a telefon spełnia tę funkcję idealnie. No więc, coś tam sobie robiłam i jednym uchem słuchałam, co puszczają moje dzieci, a tu leci coś takiego:

„Zuzanna żyrafa dotyka chmur, chmur, chmur
Ma piękne oczy i uszy cud, cud, cud
Ogonkiem kręci, kolegów ma, Zuzanna żyrafa dotyka gwiazd”

Że co słucham? Ogonkiem kręci, kolegów ma? I to są treści dla dzieci? Żeby było zabawniej, treści te mają ponad 20 mln odsłon, więc włosy mi dęba stanęły. Co jak co, ale w moim domu takiego szajsu słuchać się nie będzie! I nie zrozumcie mnie źle, nie jestem jakimś piewcą kultury wysokiej – ci co mnie znają, wiedzą, że za najlepszy film świata uważam „Strażników Galaktyki II” (hejtuje, kto nie widział) – ale na litość Boską, są granice! Ja rozumiem piosenki dla dzieci o zwierzątkach, ale Zuzannie Żyrafie bliżej do galerianki. Tylko czekać, aż wychowane na takim badziewiu małolaty zaczną wrzucać swoje słit focie z dziubkiem na Instagrama…

I tak to moje dzieciaczki dostały bana na You Tuba. I pewnie nigdy nie otrzymałyby do ręki mojej komórki, gdybym nie miała pewności, że gapienie się w telefon przyniesie im jakąś korzyść. Nie zrozumcie mnie źle, to nie jest tak, że dziewczynki urządzają sobie kilugodzinne sesje ze smartfonem, a ja w międzyczasie maluję paznokcie (bo maluję, jak już śpią). Co do zasady nie mają łatwego dostępu do bajek – i dotyczy to również telewizora. Zauważyłam zresztą, że kreskówki potwornie uzależniają maluchy. Jeśli mają w perspektywie bajkę, nie są w stanie myśleć o niczym innym – tylko o tym, żeby już ją im puścić. Bardzo mi się to nie podoba i jest powodem, dla którego telewizor ograniczony został do minumum – na które oczywiście muszą sobie zasłużyć. I tak, zrobiłam sobie pod górkę, bo moje życie byłoby o wiele łatwiejsze, gdybym zapodała im dwie godziny bajek dziennie, ale nie tędy droga. W zamian są fankami audiobooków, ostatnio słuchają bardzo często „Opowieści z Narni” i świetnej polskiej serii bajek – grajek (nagrywanych jakieś 30 lat temu, niektóre ja pamiętam ze swojego dzieciństwa, np „Baśń o złotym ptaku”). Wracając do tematyki telefonu – co puszczam moim dzieciom?

Zacznę od dygresji – jakiś czas temu pisałam Wam, że zapisałam córki na angielski do Centrum Helen Doron w Tychach. Bardzo sobie chwalę te zajęcia (nota bene, sama dzięki nim się uczę, jak uczyć swoje dzieci), jeśli jesteście ciekawi co i jak, przeczytacie o tym tutaj. Ogromną zaletą tej szkoły jest fakt, że kursanci mają dostęp do dedykowanych dla danego kursu aplikacji (Helen Doron Stream, ale niestety trzeba być zalogowanym). I właśnie one są tym jedynym „czymś”, z którego moją korzystać dziewczynki na moim telefonie. Opowiem Wam co i jak na przykładzie kursów „Fun with Flupe”, na który chodzi 5 letnia Tosia i „Baby Dragon” 3 letniej Zuzi.

Bajki, które uczą

Dziewczynki każdą lekcję w Helen Doron zaczynają od króciutkiej, kilkuminutowej bajki. Tosia śledzi przygody fioletowej kulki, a Zuzia małego smoka. Kreskówki w całości są po angielsku, ale są tak skonstruowane, że maluch może się łatwo domyślić, o czym mowa. Każda bajeczka wprowadza także nowy zasób słów – dziewczynki całkiem nieźle ogarniają dzięki temu nazwy zwierzątek,  kolory, czy części ciała. Wiedzą także, co postacie robią – że skaczą, biegają, śmieją się, klaskają itd. Akcja nie jest może bardzo skomplikowana, ale też nie trywialna – główni bohaterowie zawsze mają do rozwiązania jakiś problem, z którym ostatecznie świetnie sobie radzą. Co istotne – dzieci naprawdę muszą się skupić. Nie oglądają więc bajki bezmyślnie przez dwie godziny, tylko dlatego, że jest kolorowo i coś się dzieje. Zresztą nie da się tak długo – jedna trwa mniej więcej 5 minut, więc trzy pod rząd to już szaleństwo i spory wysiłek intelektualny dla malucha. Osobiście uważam, że na wielki plus zasługują piosenki – w każdym odcinku znajduje się wpadająca w ucho przyśpiewka, którą potem dziewczyny nucą.

 

Na podstawie bajek powstały też słuchowiska, które powinno się codziennie puszczać dzieciom – zaznajamia je to ze słownictwem i gruntuje już zdobytą wiedzę. Fajne jest to, że można je włączać „przy okazji” – gdy maluchy bawią się, czy malują. Coś tam zawsze wpadnie w ucho i przy okazji zostanie w głowie.

Gry edukacyjne

Dzieci zapisane do szkoły, mają także dostęp do platformy z grami (można ją bezpłatnie pobrać z App Stora, czy Google Play, ale niezalogowani użytkownicy nie będą mieli niektórych funkcjonalności). To jest już jedna z atrakcji, o którą moje dziewczyny muszą ze mną mocno powalczyć, bo mimo, że widzę aspekt edukacyjny, to bardzo ograniczam im możliwość tego typu zabaw. Nie mniej, uwielbiają je i gdy tylko widzą cień szansy – próbują ode mnie wysępić pozwolenie.

SONY DSC
Kangi Club, czyli aplikacja z grami edukacyjnymi
IMG_2400
Dziecko w górnym menu może sobie wybrać – czy chce pograć, pooglądać piosenki, czy bawić się w dekorację ciasta
IMG_2399
„Five little monkeys” z HD to nasz hit!
IMG_2398
Gry na Kangi Club są bardzo kolorowe, proste i wciągające. Przy okazji dowiedziałam się, jak jest po angielsku „kijanka”.
SONY DSC
Dekorując tort, dzieci uczą się nazw produktów, kolorów i kształtów – genialne w swojej prostocie.

Wszystkie gry są bardzo proste – na tyle, że zasady pojmie kilkulatek. Trzeba na przykład dopasować kolory do nazw, które mówi lektor, czy kliknąć w poszukiwane zwierzątko. Grając, dziecko musi mieć włączony dźwięk, bo tylko tak jest w stanie ogarnąć polecenia. Podobnie jak bajki, czy lekcje, także gry są w całości po angielsku, więc tępe klikanie w ekran nie wchodzi w rachubę. Fajne, ale mocno wciągające, zatem trzeba podchodzić do tego z zegarkiem w ręku, bo raczej nie ma co liczyć, że dziecko się znudzi.

Last but not least – zabawy w czytanie

Na koniec wisienka na torcie, czyli nasza ulubiona aplikacja. Nazywa się Helen Doron Read (tutaj dopadniecie ją w App Storze, a tu na Google Play) i niestety jest płatna, nawet dla kursantów (bezpłatny jest tylko pierwszy rozdział). Mimo to skusiłam się i wykupiłam pełen dostęp (kilkanaście złotych) bo myślę, że warto.

Apka jest w założeniu dla nieco starszych dzieci, ale maluchom też się spodoba. Pomaga ogarnąć czytanie po angielsku, ale moje małe analfabetki całkiem nieźle sobie z nią radzą. Założenia są proste – mamy obrazek, na który można kliknąć. Jest on odpowiednio podpisany, a lektor czyta napis. Przechodząc na kolejne strony,  mamy coraz bardziej skomplikowaną opowieść. Cała zabawa dla dzieciaków polega na tym, że po kliknięciu w obrazek, coś się dzieje – a to kot liże łapkę, a to nietoperz się śmieje. Naprawdę mają z tego frajdę – i w międzyczasie uczą się nowego słownictwa.

Początkowe levele są bardzo proste, ale im dalej w las, tym robi się ciężej – lecz też bardziej ciekawie. Ostatnie poziomy są już całkiem skomplikowanymi opowieściami – możemy posłuchać po angielsku np. Pinokia.

Zerknijcie sobie na wersję trialową – ja krążyłam wokół niej tak długo, że w końcu skusiłam się na całość.

Podsumowując

Nie ma co udawać, że dzieci nie kręci zabawa telefonem, ale zabawy nie muszą być głupie i bezcelowe. Dawanie maluchom smatfonów tylko po to, żeby sobie poklikały i pocieszyły, że coś się rusza, jest robieniem z nich intelektualnych kalek i mentalnych spadkobierców Zuzanny Żyrafy. Jak już się bawią, to niechże ich to czegoś uczy i nie będzie marnowaniem czasu. W przeciwnym wypadku lepiej dać kartkę i ołówek – będzie z tego większy pożytek, niż z godzin spędzonych nad najdroższym telefonem.

Do napisania!

Magda

 

 

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Dziecko i telefon. Dawać, czy nie?

    1. Szczerze, to myślę, że tak. Muzyka z Pana Kleksa, czy piosenki Fasolek to już klasyka 🙂 A moim ulubionym utworem z tamtych czasów jest Dyscyplina śpiewana przez Emiliana Kamińskiego. W ramach dokuczania mi, mój mąż puszcza ją na gramofonie 😁

      Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s