Wrażenia po roku nauki angielskiego w Helen Doron

Moje dziewczynki cały zeszły rok chodziły na angielski, więc pomyślałam sobie, że wypadałoby podsumować te kilka miesięcy nauki. Zafundowałam im spore wyzwanie – w każde piątkowe popołudnie jeździłyśmy na zajęcia i spędzałyśmy w szkole Helen Doron łącznie dwie godziny. Kiedy zaczynały naukę miały odpowiednio cztery lata (Tosia) i ledwo co skończone trzy (Zuzia). Same lekcje były właściwie bezproblemowe – pisałam Wam tutaj, jak wyglądają zajęcia – są na tyle różnorodne, że dzieci nie mają szans na nudzenie się. Większą zagwózdką okazało się zorganizowanie czasu dziecku, które ma akurat wolne w taki sposób, by zachowywało się w miarę przyzwoicie. W HD jest na szczęście i kącik z kolorowankami i masa książeczek, więc jakoś to idzie. Dodam tylko, że z punktu widzenia matki, która przez dwie godziny ślęczy nad książką, w międzyczasie ogarniając dzieciaki, ekspres do kawy jest bardzo, bardzo dużym plusem.

Szybko minęło te 9 miesięcy

W czerwcu zajęcia się skończyły, dziewczynki zaczęły wakacje i dzieci mogły odetchnąć. Tak swoją drogą, naprawdę nie jesteśmy bardzo wymagającymi rodzicami. Staramy się z Mężem, żeby dzieci miały różne możliwości, ale jeśli czegoś nie chcą, nie zmuszamy ich (głównie dlatego, że nie dają się zmusić. Trzeba kombinować metodą marchewkową, na dobrą sprawę to jedyna – czasem działająca – opcja). W przypadku zajęć angielskiego było z górki – obie córki bardzo je lubią i nie sprawiają wrażenia przytłoczonych nauką. Za każdym razem pytam je, jak było i wciąż odpowiadają to samo – że fajnie.

Czy jest sens tak wcześnie uczyć dzieci języka?

Zaczęłam się w końcu zastanawiać, czy faktycznie coś zostaje w tych małych główkach. Dzieci są naprawdę małe, a nauka odbywa się na zasadzie zabawy – bez testów i sprawdzianów. Sam zamysł zajęć w tak młodym wieku wynikał z mojego przekonania, że im wcześniej tym lepiej, a angielski to absolutny must have. Nie biorę pod uwagę innej opcji, niż ta, że będą go znały perfekcyjnie – i nie jest to kwestia przewagi, którą powinny mieć nad rówieśnikami, ale równania do określonego poziomu. Ja sama zaczęłam się uczyć języka w wieku 8 lat, wydaje mi się, że trochę za późno. Trzeba też przyznać, że absolutnie nigdy się do tego nie przykładałam, po prostu siedziałam na zajęciach, które – umówmy się – były lekko nudnawe. W efekcie, ogarniam język na tyle, żeby słuchać w oryginale podcastów, ale nie wystarczająco, by swobodnie się nim posługiwać – i tu jest problem, którego chcę oszczędzić moim dzieciom. Z drugiej strony, pamiętam, że gdy byłam malutka, mama nauczyła mnie francuskich piosenek. Znam je do dziś – co prawda pojęcia nie mam, o czym śpiewam, ale to jedyne zdania, jakie jestem w stanie powiedzieć w tym języku. Wracając do tego, czy zajęcia z angielskiego w wieku 3 i 4 lat mają sens – zrobiłam dzieciom testy. Oczywiście takie, których nie zauważyły, ale dla mnie było to wystarczające.

A więc jednak!

W pokoju dziewczynek mamy matę podłogową ze zwierzątkami. Po polsku żadne wyzwanie powiedzieć, jak się nazywają, ale okazało się, że po angielsku też nie mają większego problemu. Kot, czy pies są jeszcze w miarę oczywiste, ale już na przykład koń, lew, albo ryba wcale nie. Im dalej w las, tym bardziej byłam zdziwiona, ile dzieciaki wiedzą. Okazało się, że ogarniają kolory, nazwy przedmiotów, potrafią zaśpiewać cały alfabet, umieją liczyć, przedstawić się, powiedzieć proste zdania – i to z całkiem niezłym akcentem!

Powiem Wam, że jestem zachwycona widząc, że te lekcje faktycznie mają sens. Kilka razy siedziałam na zajęciach w HD i obserwowałam dzieci – za każdym razem byłam w szoku, że angażują się przez całe 45 minut i nie tracą skupienia. Zwłaszcza, że mi do dziś nie wyszło nauczenie Tosi czytania, a wszelakie moje ambitne zapędy wyraźnie ją nudzą.

Kolejny rok czas start!

Tak się złożyło, że obie moje córki mają w swoich grupach Helen Doron, znajomych z przedszkola. Rozmawiałam w czerwcu z ich rodzicami i póki co, wszyscy planują zapisać dzieci także na przyszły rok. Moje dziewczynki mają już zaklepane miejsce i zgodnie z tradycją, piątki mamy zajęte. Ciekawi mnie, jakie postępy zrobią w ciągu kolejnych miesięcy roku szkolnego. Na dobrą sprawę w przyszłym roku Tosia będzie miała już możliwość pójścia do szkoły i rozpoczęcia nauki „na poważnie” – mam nadzieję, że ta nauka przez zabawę, mocno jej to ułatwi.

IMG_4527.jpg

Plany na przyszłość

To, czy Tosia pójdzie w wieku 6 lat do szkoły, zależy od kilku czynników, ale na pewno będę rozważać taką opcję. Niezależnie od tego, jestem przekonana, że angielskiego będzie się uczyć także prywatnie – i to do momentu, w którym osiągnie biegłość nativa – więc jeszcze kilka ładnych lat przed nami. Swoją drogą ciekawi mnie, jak te zajęcia będą się zmieniać – od tych typowo dziecięcych, przez coraz poważniejsze, kończące się egzaminami. Co jakiś czas będę dawać Wam znać, co słychać w temacie. Póki co, jeśli chcielibyście zobaczyć lekcję pokazową w Helen Doron, zapiszcie się tutaj.

Ostrzegam, że z dużym prawdopodobieństwem będziecie zachwyceni. Obserwuję sobie rodziców, którzy przychodzą pierwszy raz z dzieciakami na zajęcia i większość jest w takim samym pozytywnym szoku, w jakim ja byłam. I jeśli macie wątpliwości – każde kolejne zajęcia są tak samo fajne. Nie tylko moim zdaniem, ale przede wszystkim dzieci – a to w końcu najważniejsze.

Do napisania!

Magda

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s